Łukęcin jest niedużą osadą wypoczynkową w województwie zachodniopomorskim usytuowaną pomiędzy Dziwnówkiem a Pobierowem. Pasjonaci aktywnego relaksu znajdą w tej wsi takie atrakcje jak jazda konna gra w golfa lub wycieczki rowerowe i spacery leśnymi trasami. Bliskość Bałtyku i znajdujący się jod w powietrzu stwarza oryginalny mikroklimat korzystnie wpływający na samopoczucie. Na terytorium Łukęcina znajduje iglasty las który sprawia że wioska jest bardzo dobrym miejscem dla osób poszukujących cichego spokojnego miejsca do odpoczynku. Najwspanialszą atrakcją Łukęcina jest bliskość morza oraz czysta piaszczysta i szeroka plaża zapraszająca do kąpieli morskich i słonecznych. Tuż przy plaży znajduje się niewysoki klif z lasami sosnowo-świerkowymi. Liczne rozrywki oczekujące na wycieczkowiczów nie tylko w Łukęcinie jak również w pobliskich miejscowościach przyciągają w to miejsce dorocznie sporą ilość osób.
Witamy na forum Łukęcina i okolic. Na forum poruszamy wszelkie tematy związane z miejscowością Łukęcin i okolicami. Nasze forum to miejsce na dyskusje o tym co dzieje się w Łukęcinie i w okolicy. Mieszkańców Łukęcina i turystów zapraszamy do wymiany poglądów, pytania i odpowiadania!
Miałem okazję "wpaść" na kilka dni do Łukęcina. No i... wpadłem.
Miasteczko śliczne, położone przyzwoicie, tylko ceny noclegów z kosmosu! Ale co tam - raz się żyje. Mimo, że standard taki sobie. Noclegów. Zresztą życia też ;-)
Rozrywki - czyli "nie samą plażą żyje człowiek"
Plaża, morze, klif - wiadomo! Reszta? Czyli to, co PO plażowaniu, lub oprócz?
Hmmm - tu już jest mniej różowo. Wiadomo, że w słoneczne dni, szczególnie jeśli ktoś chce wytrwać do zachodu, z plaży wraca się późno. I to jest problem. Gdy zapada zmrok, słońce zatonie w falach, na zegarku jest po 22 - część rozrywkowo organizacyjna zamiera. Zmęczeni życiem młodzi obsługanci rozrywek typu cymbergaj, billard itp, z frustracją wymalowaną na twarzach, szybko pozbawiają złudzeń żądnych rozrywki turystów, w których pała chęć nocnego życia. Podobno (z wypowiedzi jednego z nich) - mają płacone za godziny, więc tak na prawdę wali ich, czy turysta wrzuci jeszcze jedną piątkę do automatu, czy też nie.
Więc jeśli wybrałeś się, drogi letniku, późnym wieczorem, by wypić piwko i postukać w kulki z przyjaciółmi, niech nie zdziwi cię widok czającego się za plecami kolesia z brezentową płachtą w rękach. On nerwowo odlicza upływające sekundy do końca twojego limitu, by kawałkiem plandeki przerwać twoją dobrą zabawę, zakrywając wyłączony automat.
Masz dzieci? Dzieciom trudno odmówić, prawda? Tych wszystkich bujaków, koników, helikopterów, co to za jedyne 2 złote dostarczają kilkudziesięciu sekund rozrywki (sprawdziłem - żaden nie przekracza minuty działania!). Ale pod żadnym pozorem nie pozwalaj kilkuletniej pociesze pakować się na takiego konia, czy do takiego helikoptera BEZ uiszczenia należnej opłaty! Smutny pan ofuknie cię, że jak "nie jeździ - to niech nie siedzi". Będziesz się musiał tłumaczyć swojemu dziecku, dlaczego ten niemiły pan coś ci kazał.
Kolejna ciekawostka: Najprawdopodobniej w trosce o twoje zdrowie, o to, byś się nie przeziębił, DROGI turysto, sprzedawcy w sklepach kontrolują temperaturę napojów. Dotyczy to zarówno piwa jak i napojów niealkoholowych: Fant, Pepsi, Sprite'ów itp. Owszem - napoje są w lodówkach, tyle, że te raczej grzeją niż chłodzą. Jak się chce zimny napój - należy poprosić o ten "z magazynu". Magazynowane na zapleczu mają zdecydowanie niższą temperaturę niż te "z lodówki'. Choć do ideału im daleko, jak plażą do Pobierowa.
Smutni panowie pośród wojskowego mienia. Grochówka. Hasło-klucz. Każdy kto był w Łukęcinie, MUSIAŁ zwrócić uwagę na ten biznesik (chyba, że dokonał desantu od strony morskiej i nie dotarł do miasteczka...). Wielu z pewnością miało okazję skosztować specjałów z wojskowego kotła. Spostrzeżenia? Cóż... Ciekawy wystrój, nieskomplikowane, ale bardzo solidne i smaczne, menu. Wybór typowo wojskowy, więc prosty. Bigos albo grochówka. I chleb do oporu, bez ograniczeń. I jeśli chodzi o gastronomię - to same pochwały. Na dodatek - cena bardzo przyzwoita. Ale... Gdyby to miały być TYLKO potrawy, tylko zupa z grochu, czy danie z kapustą w roli głównej - to pal licho! Równie dobrze można by je zjeść u cioci. Dla mnie najsmaczniejszym kąskiem była oprawa, sceneria, sprzęt, strój obsługi, wojskowy dryl (po zamówieniu potrawy pan kasujący pieniądze, energicznym, gromkim głosem przekazuje obsługantowi kuchni polowej "rozkaz" grooochówka rrraz!, tamten potwierdza: jeeest grrrrochówka raz!. Drewniane ławy, maskująca siatka, elementy uzbrojenia - wszystko to robi wrażenie, może nawet większe niż smak jadła.
Cóż robi turysta? Chcąc zachować w pamięci wspomnienia chwyta za aparat, kamerę, telefon. Robi zdjęcia. I tu problem. Pan "ważniejszy' - nazwijmy go dowódca, opieprza turystę, że ZAKAZ FOTOGRAFOWANIA, że "przecież obiekt wojskowy". Turysta podejmuje grę (jest przekonany, że dowódca, jak to dowódca, opieprza za byle co). Więc głupawo się uśmiecha do znajomych z którymi przyszedł, do dzieciaków, które zainteresował podniesiony głos dowódcy. Uśmiecha, ale już nieco zbity z pantałyku. Pyta więc (tak "na poważnie") czy dowódca mówi serio. Ten ostatni marudzi coś, że trzeba pytać o zgodę, że mienie wojskowe, że jednostka jakaśtam łamane przez cośtam... Że przecież sprzęt, że tajemnica wojskowa.
Turysta odpuszcza. Z dobrą miną do złej gry, szybko dojada porcję i wychodzi, z solennym postanowieniem omijania tego przybytku szerokim łukiem.
Ech - tak to już jest. Zawsze można "trafić na minę".
Swoją drogą, do teraz nie wiem - czy to wszystko to część anturażu, łącznie z tablicą "zakaz fotografowania - obiekt wojskowy", czy też zwykły gbur wylazł z pana od grochówki... No bo jeśli tak na poważnie należy traktować tablice ostrzegawcze, to może powinienno się zawiadomić saperów, że za komin od kuchni polowej zatknięty jest granat, kogoś innego, że "nad garem" wiszą galowe mundury oficerskie, pełne baretek, a może i z symbolami narodowymi (nie pamiętam) i że pan "od kotła" snuje się między letnikami z bronią przypiętą do zbytnio poluzowanego pasa, drąc łacha ze standardów panujących w - jaka by nie była - armii?
A może ten pan nie lubi zdjęć - bo niektóre rekwizyty niekoniecznie zostały rozliczone z MONem...
Jego biznes. Ja już go więcej nie będę niepokoił. Innym też radzę się zastanowić.
-----------------------------
Poszedłem na plażę. Tam nikt nie zabraniał fotografować, nikt nie "wyłączał" zachodu słońca, nie nakrywał plandeką piachu, woda była uczciwie chłodna i słona, a piasek - gorący.
Tylko czy to musi być Łukęcin? Następnym razem poważnie się zastanowię!
A miasteczko? Niech sobie żyje. Z opłaty klimatycznej...